Duchowość

E. TolleEckhart Tolle urodził się w Niemczech w 1948 r., gdzie spędził pierwsze 13 lat swojego życia. Po studiach w Londynie pracował naukowo na Uniwersytecie Cambridge.

Dla otoczenia był raczej zwyczajnym człowiekiem, ale sam swoje wewnętrzne odczucia ujmuje tak: ,,Zanim osiągnąłem 30 rok życia, żyłem w stanie niemal bezustannego niepokoju przetykanego okresami zapędów samobójczych". Krótko po 29-tych urodzinach nastąpił przełom, o którym Eckhart szczegółowo opowiada w wywiadzie. Gdzie indziej o tamtym poranku wspomina pięknie: ,,Obudziło mnie ptasie ćwierkanie za oknem. Nigdy przedtem nie słyszałem takiego głosu. Miałem jeszcze zamknięte oczy, gdy zobaczyłem obraz drogocennego diamentu.

Tak, gdyby diament mógł wydawać głos, byłby on właśnie taki. Otworzyłem oczy. Pierwsze promienie świtu przesączały się przez zasłony. Bez jakiejkolwiek myśli poczułem, wiedziałem, że za światłem kryje się nieskończenie więcej niż to, co sobie uświadamiamy. Delikatna poświata przenikająca zasłony była samą miłością." W 1996 r. Tolle przeniósł się do Vancouver, gdzie zaczął pisać. W pracy tej wykorzystywał głównie notatki z 12 lat nauczania. Powstała z tego książka The Power of Now została po raz pierwszy opublikowana w 1998 r. i wkrótce, bez żadnej reklamy, stała się wielokrotnie wznawianym bestsellerem. Przedstawiony wywiad przeprowadziło amerykańskie wydawnictwo nagrań audio i wideo o nazwie Sounds True. 

E. Tolle

Mały mężczyzna od dwóch lat przesiaduje spokojnie na ławce w parku. Ludzie przechodzą mimo pogrążeni w swoich myślach. Pewnego dnia ktoś go o coś pyta. W kolejnych tygodniach ludzi przybywa i jest coraz więcej pytań. Rozchodzi się wieść, że ten człowiek jest ,,mistykiem" i że odkrył coś, co wnosi pokój i sens w nasze życie. Brzmi to jak zmyślona opowieść, ale dziś ten człowiek, Eckhart Tolle*, znany jest na całym świecie ze swoich nauk o duchowym oświeceniu poprzez siłę chwili teraźniejszej. Jego pierwsza książka, The Power of Now (Potęga teraz), jest międzynarodowym bestsellerem i została przetłumaczona na 17 języków. Upłynęło już ponad 20 lat od czasu, gdy Eckhart Tolle odpowiedział na tamto pierwsze pytanie siedząc na ławce w parku. Podczas gdy słuchaczy przybyło, jego przesłanie pozostaje takie samo: możesz przestać walczyć w swoim życiu i znaleźć spełnienie w tej chwili, i nie innej.

Czy możesz opisać nam swoje własne przeżycie duchowego oświecenia (i oczywiście, czy mógłbyś również zdefiniować duchowe przebudzenie)? Czy to było odosobnione zdarzenie, czy też był to stopniowy proces?

Od starożytności określenia przebudzenie używano jako rodzaju metafory, która wskazuje na przemianę ludzkiej świadomości. W Nowym Testamencie występują przenośnie, które mówią o znaczeniu bycia przebudzonym, o tym, by ponownie nie popadać w sen. Słowo Budda pochodzi od sanskryckiego budh oznaczającego ,,być przebudzonym". Zatem Budda nie jest imieniem, i ostatecznie nie osobą, lecz stanem świadomości. Wszystko to wskazuje, że ludzie są zdolni żyć w stanie świadomości, w porównaniu z którym normalne życie na jawie jest niczym sen, marzenia senne. Z tego powodu niektóre nauki duchowe przy opisywaniu zwykłego ludzkiego życia operują pojęciami typu ,,zbiorowa halucynacja" albo ,,powszechna hipnoza". Weź proszę jakąkolwiek książkę o historii, proponuję zacząć od XX wieku, a przekonasz się, że znaczna część historii naszego gatunku ma wszystkie te cechy, które kojarzymy ze zmorą senną bądź chorobliwą halucynacją. Natura duchowego przebudzenia często jest źle rozumiana. Przyjęcie duchowych przekonań, doznawanie widzeń Boga lub niebiańskich istot, zdolność do ,,czenelingu", uzdrawiania, przewidywania przyszłości, albo inne paranormalne uzdolnienia – wszystkie takie fenomeny są cenne i nie należy ich zbywać, lecz żadne z nich nie wskazuje na duchowe przebudzenie osoby, która ich doświadcza. Mogą one przejawiać się u osoby, która duchowo nie przebudziła się i mogą stanowi przebudzenia towarzyszyć lub nie. Codziennie rano budzimy się ze snu i naszych marzeń sennych, przechodzimy do stanu nazywanego przebudzeniem czy jawą. Normalny stan przebudzenia charakteryzuje ciągły potok myśli, z których większość się powtarza. Czymże więc jest to, z czego budzimy się, gdy następuje duchowe przebudzenie? Budzimy się z utożsamiania się z naszymi myślami. Każdy, kto nie jest duchowo przebudzony, jest totalnie utożsamiony ze swoimi myślami i kierowany przez swój myślący umysł – nieustający głos w głowie. Myślenie jest przymusowe: nie można przestać myśleć, tak przynajmniej się wydaje. Jest również niczym nałóg: nawet nie chcesz przestać, przynajmniej do czasu, aż cierpienie spowodowane przez ten nieustanny umysłowy szum nie stanie się nie do zniesienia. W stanie jawy nie korzystasz z myśli, lecz myśl korzysta z ciebie. Jesteś, chce się powiedzieć, opętany przez myśli, co jest kolektywnym uwarunkowaniem ludzkiego umysłu, które sięga wielu tysięcy lat w przeszłość. Niczego nie widzisz takim jakie jest, lecz wypaczone i sprowadzone do poziomu umysłowych etykiet, pojęć, sądów, opinii i odruchowych schematów. Twoje poczucie tożsamości, jaźni, sprowadza się do historii, jakie ciągle sobie mentalnie opowiadasz. ,,Ja i mój los" – oto do czego sprowadza się twoje życie w nieprzebudzonym stanie. A kiedy życie do tego się sprowadzi, nie możesz być na dłużej szczęśliwy, gdyż nie jesteś sobą.

Czy to oznacza, że już nie myślisz, kiedy się duchowo przebudzisz? Nie, oczywiście, że nie. W rzeczywistości możesz wykorzystać myśl znacznie skuteczniej, niż przedtem, ale wiesz, że istnieje głębia twojej Istoty, pewna pełna wibracji cichość, znacznie rozleglejsza niż myśl. Jest to sama świadomość, której myślący umysł jest zaledwie maleńkim aspektem. Dla wielu ludzi pierwszą wskazówką duchowego przebudzenia jest to, że nagle stają się świadomi swoich myśli. Stają się świadkami swoich myśli, rzekłbyś. Już całkowicie nie utożsamiają się ze swoim umysłem, dlatego zaczynają wyczuwać, że jest w nich głębia, o której nigdy dotąd nie wiedzieli. Dla większości ludzi duchowe przebudzenie jest procesem stopniowym. Rzadko dzieje się w jednej chwili. Ale jeśli się już tak zdarzy, zwykle przynosi je wielkie cierpienie. Niewątpliwie było tak w moim przypadku. Przez lata moim życiem rządziły na przemian depresja i strach. Pewnej nocy zbudziłem się w stanie przerażenia; strach był intensywniejszy niż kiedykolwiek wcześniej przeżyłem. Życie wydawało się pozbawione sensu, jałowe i wrogie. Stało się tak nieznośne, że nagle naszła mnie myśl: ,,Dłużej nie mogę ze sobą żyć". Myśl ta powróciła kilkakrotnie. Nagle odsunąłem się od owej myśli i przyjrzałem się jej. Uświadomiłem sobie jej niezwykłość: ,,Jeśli nie mogę żyć ze sobą, musi być nas dwóch – ja i ta jaźń, z którą nie mogę żyć". Wtedy pojawiło się pytanie: ,,Kim jest to 'ja', a kim ta jaźń?" Na to pytanie nie było odpowiedzi i całe myślenie zatrzymało się. Nagle poczułem, że porywa mnie jakiś wir czy skupienie energii. Obleciał mnie wielki strach a ciało zaczęło drżeć. Usłyszałem słowa ,,Niczemu się nie opieraj", jak gdyby wypowiadane w mojej klatce piersiowej. Czułem jak jestem wsysany w jakąś pustkę. Nagle cały strach zniknął i pozwoliłem zapaść się w tę pustkę. Nie pamiętam, co się potem wydarzyło.

Następnego dnia rano zbudziłem się niczym nowo narodzony w tym świecie. Wszystko wydawało się świeże i nowe oraz intensywnie żywe. Całe moje jestestwo przepełniał wibrujący spokój. Kiedy tego dnia spacerowałem po mieście, świat wyglądał tak jak gdyby dopiero co zaistniał, zupełnie pozbawiony przeszłości. Byłem zachwycony spokojem wewnętrznym i pięknem, które oglądałem na zewnątrz, nawet pośrodku ulicznego zgiełku. Już nie szufladkowałem ani nie interpretowałem moich zmysłowych doznań – był to niemal kompletny brak umysłowych komentarzy. W taki sposób do dziś postrzegam świat i działam w nim: poprzez spokój, a nie mentalny szum. Pokój, jaki wówczas odczuwałem, ponad 20 lat temu, nigdy mnie nie opuścił, chociaż ma różne stopnie natężenia.

Wówczas nie miałem pojęciowego warsztatu, który pomógłby mi zrozumieć co się mi przydarzyło. Po latach pojąłem, że bolesne przeżycie tamtej nocy musiało wymusić na mojej świadomości odcięcie się od utożsamiania się z nieszczęśliwą jaźnią, tym cierpiącym ,,małym ja", które ostatecznie jest wytworem umysłu. To odcięcie musiało być tak pełne, że cierpiąca jaźń zapadła się jak nadmuchiwana zabawka, której wyciągnięto zatyczkę. To co zostało było moją prawdziwą naturą jako zawsze obecne ,,ja jestem": świadomość w swojej czystej postaci sprzed utożsamienia się z formą. Można ją nazwać czystą świadomością lub obecnością.