Pół żartem

Dzisiejszy dzień to podwójne święto. Na pewno nie często się zdarza, żeby w ważnym dniu dla wyznawców chrześcijaństwa wypadło prima aprilis. Dlatego też utrzymując nutę, pół żartem i pół serio, pofantazjuję sobie wokół hipnozy.

Sama hipnoza jako zjawisko, dla jednych ludzi trąca magią. Wydaje się ona czymś niedoścignionym, może nawet niepojętym skąd wieje grozą. Dla innych ludzi może jawić się obojętnym zjawiskiem. Podobnie jak języki obce. Wiemy, że istnieją, ale nie mamy potrzeby, aby je rozumieć, albo uczyć się każdego z osobna.

Ktoś inny mający szersze pojęcie na temat stanów świadomości, uśmiechnie się dobrotliwie i powie: „przecież doświadczasz tego codziennie”. Być może owo stwierdzenie wywoła zdumienie wśród adwersarzy, którzy nie zrozumieją jego słów. Jednak ten, nadal uśmiechając się, wyjaśni. „Każdy przecież doświadcza stanu czuwania i stanu snu”. Nikt chyba nie zaprzeczy, że przez oba stany świadomości przechodzimy każdego dnia. Zaś stan świadomości spomiędzy snu i jawy jest tym stanem, który zwiemy transem. Kiedy jeszcze, albo już, analityczny rozum jest uśpiony, lecz świadomość swojego „ja” jest przebudzona. Wtedy ów stan świadomości, bez obaw, możemy nazwać transem hipnotycznym.

Czy hipnotycznym? A to zależy, bo jeśli sam wywołasz i utrzymasz taki stan świadomości, wtedy nazwij go autohipnozą. Na tym też polegają wszelkie metody medytacyjne, oraz transy samo naprawy lub samo uzdrawiania.

Jestem

Jestem… Kim lub czym jestem? Co sobą reprezentuję? Jaki zysk przynoszę memu otoczeniu, rodzinie, najbliższym, a także narodowi i ludzkości.

Jestem drobiną, czy wszystkim kim potrzebuję być? Alfą i omegą, czy zagubionym pyłkiem w kosmosie?

A może to ja stanowię o tym, czym w istocie jestem? Może moje myśli, działanie i samoświadomość tworzy mnie samego? Czy jest możliwe, że to ja decyduję o tym kim jestem?

Albo inaczej… Dostałem ciało, czy jestem moim ciałem? Skąd przychodzę i dokąd zmierzam, to odwieczne pytania o byt samego siebie. Czy ja jestem moim ciałem, czy ja mam moje ciało? Odpowiedź wydawać się może prosta. Ponieważ, gdy jestem moim ciałem, to moje „ja” przepadnie wraz ze śmiercią mego ciała. Wtedy „ja” – to kim jestem – stanie się niebytem. Czyli nicością.

Ale załóżmy, że moje „ja” przekracza i zawiera w sobie świadomość cielesną, zgromadzoną na przestrzeni mego żywota. Wtedy owo „ja” nie ginie, a to by znaczyło, że istnieje jakieś większe „JA”, które posiada ciało. Wtedy owo „JA”, po śmierci ciała, zabiera to, co zgromadziło przez, średnio, kilkadziesiąt lat.

A co jeśli?

Ja nie wiem, czy wszyscy tak mają, ale chyba większość ludzi ma podobne doświadczenia. Otóż od dziecka zadajemy sobie pytania, które mogą, jeśli chcemy, towarzyszyć nam do końca życia.

Będąc dzieckiem zastanawiamy się, co by było, gdybym urodził się odmiennej płci? Czy wtedy rodzice byliby ze mnie zadowoleni? A jeśli urodziłbym się w innej rodzinie, czy rodzice byliby dla mnie lepsi, czy gorsi? Czy miałbym lepiej gdyby byli bogatsi, wyżej wykształceni, albo mieszkali w większym mieście?

Wiek szkolny nie umniejsza, lecz poszerza listę dylematów młodego człowieka. Tutaj porównujemy siebie z dużo większą grupą rówieśników.  Zastanawiamy się wtedy, czy oni mają lepiej ode mnie, czy są zdolniejsi, bardziej pracowici? Zaczynamy odróżniać charaktery „kujonów” i frywolnych, którym wszystko łatwo przychodzi. Zastanawia nas własne miejsce w szeregu różnic charakterów, majętności czy błyskotliwości w przewidywaniu.

Stając się starszym, dostrzegamy coraz szersze pole wyborów dla swojej przyszłości. Rodzą się dylematy związane z wyborem zawodu, rozrywek i upodobań. Dochodzą zajęcia ponadprogramowe, otwierające jakieś możliwości realizowania innych swoich zdolności.

Mam duszę

Mam duszę, czy nią jestem? Jestem człowiekiem z ciała, krwi i kości. Mam imię, nazwisko i jakiś Akt Urodzenia, które to elementy określają moją osobę. Kiedy zdarza mi się myśleć o sobie „ja jestem”, cóż wtedy mam na myśli? Ktoś sobie pomyśli; jestem człowiekiem średniej klasy, niczym się nie wyróżniam. Po prostu ginę w tłumie ludzi, ale pamiętam o sobie i moim „ja”. Dla siebie jestem najważniejszy. Inny człowiek może sobie pomyśleć: Jestem ponad przeciętność ludzkiej populacji. Ponieważ jestem wysoko wykształconym człowiekiem, mam prawo być bardziej sławnym. Moje „ja” wybija się z tłumu popularności ludzkiej. Może gdybym został politykiem, byłbym bardziej dostrzegalny?

Czymże więc jest to moje „ja”? Czy człowiek z ulicy, powiedzmy bezdomny, który wybiera niedopałki papierosów z publicznej śmietniczki, też ma swoje „ja”? Czy jego godność jest inna od pana profesora, albo ministra? Wreszcie, czy godność ludzka to bardziej forma osobowości, czy też duchowej formy istnienia?

To są bardzo ważne pytania, kiedy mamy zamiar dywagować o duszy ludzkiej. Ale tutaj rodzą się kolejne problemy dla rozumu. Czy „ja” jestem moim ciałem i zgromadzonym doświadczeniem życiowym, czy może duszą, która przekracza osobową formę człowieka? Nie tylko przekracza cielesną formę istnienia, ale jest wieczna w stosunku do ciała.

Rozwój osobisty czy duchowy?

Czym jest rozwój, należałoby siebie zapytać? Niby prozaiczne pytanie, ale jakże rzadko zastanawiamy się nad sednem tego zwrotu. Najłatwiej chyba rozumiemy czym jest rozwój fizyczny. Bo jest to rozrost naszego ciała w kwestii wzrostu, ciężaru a także siły fizycznej. Ten rozwój, fizycznych parametrów, jest najłatwiejszym do opisania i badania.

Powyżej fizyczności możemy wyróżnić jakiś rozwój intelektualny, który nie jest tak łatwo podatny pomiarom, jak fizyczne walory. Tutaj możemy wyróżnić kilka parametrów. Możemy zwrócić uwagę na gładkość wypowiedzi, jakąś erudycję. Wszechstronność w podejmowaniu różnych tematów, jak również języki obce, którymi włada dana osoba.

Intelekt jest więc dużo bardziej ulotnym parametrem pomiaru jak fizyczność naszych ciał. Tutaj również dostrzegamy taką cechę jak bystrość sięgania do wiedzy przyswojonej sobie w trakcie edukacji człowieka.

Czy intelekt człowieka można mierzyć podobnie jak parametry fizyczne? Uważam, że tutaj trafimy na sprzeczne odpowiedzi. Ponieważ jakimś wyznacznikiem intelektualnego wzrostu są dyplomy z uczelni. Dokumenty potwierdzające  najróżniejsze stopnie edukacji. Od takich jak karta rowerowa czy prawo jazdy, do dyplomów doktoranckich, albo szlifów generalskich.