Powrót do żywych

Śmierć kliniczna to zgon człowieka. Koniec życia ludzkiej jednostki potwierdzona aparaturą ponad wszelkie wątpliwości. Wtedy, kiedy cała biologiczna czynność zaprzestaje swego działania. Zaś mózg człowieka „wyłączony”, gdyż wszelkie impulsy elektryczne zanikają.

Taki stan rzeczy świadczy o tym, że ten człowiek zakończył życie. Zszedł on z ziemskiej populacji żywych stworzeń i należy skreślić go z listy obywateli danego narodu.

Istnieją jednak przypadki, w których martwy człowiek powraca do żywych. Owe przypadki zdarzają się coraz częściej, w miarę postępu współczesnej medycyny.

Jednym z pierwszych badaczy tego zjawiska był doktor Raymond Moody. Właśnie ten człowiek, wszechstronnie wykształcony, odważył się publicznie zabrać głos w sprawie śmierci i powrotu do żywych. Po wielu badaniach i wywiadach z ludźmi, którzy przeżyli ów, niemożliwy do zaakceptowania, stan swojej śmierci. Opublikował on pierwszą książkę pod tytułem „Życie po życiu” w roku 75 ubiegłego stulecia.

Możesz sobie wyobrazić, jak bardzo zawrzało w jego rodzimym kraju USA, gdy książka zyskiwała coraz większą popularność. Wieści rozchodziły się po świecie, a książkę jego tłumaczono na wiele języków. Wtedy świat nauki, wypracowany przez wieki, w krajach zachodnich „zdrętwiał” z osłupienia.

Wkrótce było jeszcze gorzej, ponieważ wielu innych poważnych lekarzy i badaczy, zaczęło przytaczać nowe, udokumentowane, przypadki owego zjawiska.

Przez wieki budowane, naukowe teorie życia na Ziemi, oraz darwinowski wkład w ewolucję gatunku, zaczęły się „walić”. Wszystkie wcześniejsze naukowe wywody, które umieściły świadomość człowieka w mózgu, zaś jego ewolucję poprzez usprawnianie się genotypu, „wzięły w łeb”.

Ponieważ ludzie, którzy wrócili do żywych ze śmierci klinicznej, tej udowodnionej ponad wszelką możliwość, mieli coś więcej do powiedzenia. Ich dowody na przetrwanie świadomości człowieka, kiedy mózg jest martwym ciałem, nie budzą wątpliwości. Podano tyle szczegółów, że żaden „twardo stąpający” po ziemi człowiek, nie jest w stanie podważyć ich doświadczeń. Tak, doświadczeń z okresu kiedy ich ciało było martwe, według wszelkiej aparatury.

Co może sobie pomyśleć człowiek, wykształcony według zachodniego systemu nauczania, gdy ktoś stara się jemu wmówić, że świadomość to duchowa forma istnienia? Coś, co nie zależy od mózgu, ani ciała człowieka.

Otóż w mojej wyobraźni, ten „twardo stąpający po ziemi” człowiek, poczuje jak grunt usuwa mu się spod nóg. Co oni sobie myślą, jest gotów powiedzieć, przecież to nie logiczne. Wszyscy wiemy, że świadomość jest w mózgu, ponieważ ten organ jest najbardziej złożonym ze wszystkich. To z niego wysyłane są bodźce, neuronowe impulsy, niezbędne dla funkcjonowania ciała.

Tak, właśnie, podobnym do tego rozumowaniem, posługują się materialiści. Ludzie, którzy jedynie w materii ożywionej i nieożywionej upatrują realnego świata. Świata, który daje się badać za pomocą zmysłów ludzkiego ciała, oraz intelektu, wykształconego w tej, jedynie prawdziwej, rzeczywistości. Zaś wszelkie mrzonki o świecie duchowym, to wymysł religijnych kaznodziejów, bądź szarlatanów, chcących wmówić nam jakieś życie wieczne pod warunkiem…

Hm… a Ty, co o tym myślisz? Czy dasz się sprowokować do zabrania jakiegoś stanowiska w tej sprawie? Jeśli świadomość człowieka znajduje się w mózgu, to musi ona być zależna od niego. Wtedy zrozumiałym jest, że kiedy mózg jest martwym to świadomość ginie. Ale skąd ten Moody wziął tyle świadków przejścia na drugą stronę istnienia świadomości? Należy zadać sobie pytanie.

Chyba już teraz zdajesz sobie sprawę, że to nie łatwy kąsek do ugryzienia. Materialistyczne podejście może połamać sobie „zgryz”. Czy w ogóle jest jakieś wytłumaczenie, pytasz się być może? Tak jest, odpowiem. Pod warunkiem, że dotkniemy mistycyzmu, którego czysto naukowe podejście nie dopuszcza. Tylko, że ja mam zamiar użyć analogii dla łagodnego przejścia. Może wtedy nikomu „korona” z głowy nie spadnie, gdy choć kawałek ustąpi od twardych zasad, pojmowania swej rzeczywistości.

Otóż wyobraźmy sobie złożone urządzenie. Niech to będzie nowoczesna „fura”, wysokiej klasy samochód, wykonany przez ludzki zespół. Pojazd wyposażony nie tylko w tempomat, GPS i jakąś formę autopilota. Czyli, wysokiej klasy narzędzie do przemieszczania się po drogach tego świata.

Ów pojazd posiada swego właściciela, który nim zarządza. Sam z siebie pojazd jest tylko maszyną. To nic, że posiada on komputer pokładowy, który może uczyć się mapy, obsługiwania i spełniania życzeń swego właściciela. Komputer pokładowy to bardzo ważne urządzenie, ale posiada bardzo ograniczoną autonomię. Dopiero właściciel, który zasiada za kierownicą, daje życie temu złożonemu urządzeniu.

Nawet mógłbyś się pokusić do stwierdzenia, że takie „cacko”, to posiada duszę. Ale nic bardziej mylnego. Dla niego duszą jest człowiek, właściciel tego „cacka”. Owo urządzenie nie ma swej autonomii, jest do dyspozycji. Człowiek jest jego dysponentem. Dysponent też ma swój charakter i różnie może obchodzić się ze swym narzędziem.

Narzędziem do czego, pytasz się być może? Otóż do poznawania tego świata, wchodzenia w relacje z innymi poznającymi, a nawet do ścigania się z innymi użytkownikami dróg.

Tak! Właśnie w ten sposób staram się poszerzyć Twoją wyobraźnię. Używając metafory chcę ukazać, że nie jesteś tym ciałem. Ciało tylko posiadasz, bowiem Twoja duchowa forma jest tą świadomością nadrzędną. Rozum ciała, to komputer pokładowy, z którym, jakże często, identyfikujemy swoje „JA”.

Owszem, człowiek też posiada swoje programy, wyuczone wzorce, które przeniósł od swych przodków, nauczycieli i życiowych zmagań. Jest to niejako system przekonań, wprogramowany do podświadomości. Jakieś algorytmy kierujące reakcjami ciała. Sposoby wyuczone jak sobie radzić w tym świecie i relacjach międzyludzkich. To wszystko, to tylko programy służące dla wyższej świadomości, która nie jest z tego świata. Dla świadomości, która objęła w posiadanie ciało, jeszcze przed jego narodzinami. Czyli na „taśmie produkcyjnej”, aby już w tej fazie, mieć wpływ na jego charakter i dopasowanie do użytkownika.

Fajna bajka, prawda? Tylko kiedy spojrzeć na nasze istnienie z wyższej perspektywy.  Perspektywy przeżycia, chociażby doświadczeń, ze śmierci klinicznej i powrotu do żywych, wtedy zmienia się nasza optyka. Nowa optyka to: Ja nie jestem moim ciałem, ja mam moje ciało. Moje ciało ożywia wyższa świadomość, podobnie jak kierujący samochodem. Gdy przydarzy mi się umrzeć, choćby na kilka, kilkanaście minut, to zostawiłem moje ciało aby się rozejrzeć.

Przywróceni do życia, bardzo często opisują ten inny świat jako zachwycający. Lecz kiedy docierają do „Światła”, wtedy dowiadują się, że to nie ich pora. Muszą powrócić i dokończyć swoją wyznaczoną misję. W mojej fantazji można by rzec, że ten samochód da się naprawić. To jeszcze nie czas, aby go „zezłomować”.

Jako ciekawostkę dodam, że najdłuższą przerwę, przebywania w swym pojeździe, odnotował  DON  PIPER  w książce „90 minut w niebie”, dostępnej też w naszym języku. Ale czytałem też o przypadku, gdy zmarły przebywający w szpitalnej kostnicy, powrócił do żywych. Ten z pewnością podwyższył ów rekord pobytu poza ciałem.

No dobrze, ale jaki jest sens rozważania o tych sprawach, spytałby ktoś? Otóż moim celem jest ukazanie, że taka zmiana optyki postrzegania rzeczywistości jest możliwa. Nie koniecznie trzeba umrzeć i wrócić do żywych, aby przekonać się o swoim prawdziwym „JA”.  Zazwyczaj przypisujemy pełną autonomię swemu pojazdowi, czyli świadomości osobowej. Gdy tym czasem to świadomość Wyższej Jaźni, duchowej formy, posiada jakiś cel podróży w cielesnym przebraniu.

Wznosząc swoją perspektywę do pozycji „ja mam moje ciało”, oswajam się z jakąś misją duszy. To nie moje ciało przyszło na ten świat, aby doznawać udręki, albo wyścigu w emocjonalnych przepychankach. To ja, jako duchowa forma, świadoma siebie, przejmuję ten „pojazd”, aby doświadczać pewnej podróży. Doświadczać w zapomnieniu siebie – tej prawdziwej tożsamości – dla jakiejś lekcji zaplanowanej na wyższym poziomie. Jak wywiążę się z mego posłania, będzie oceniane przez nadrzędne, świadome siebie istoty.

Każda lekcja, w cielesnej formie, ma istotne znaczenie, ale to nie pojazd wyznacza trasę, którą należy wybrać. Im bardziej biernym stajesz się pojazdem, tym łatwiej dotrzecie do wyznaczonego celu. Ten cel zna kierowca – Twoja duchowa forma istnienia. To ona dzierży kluczyki do pojazdu.

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież