Z pokorą dla życia

Czym jest życie? Poco jest życie w ludzkiej formie istnienia? Jak często nachodzą nas myśli, poco ja tutaj jestem? W nagrodę, czy może za karę? Jeśli w nagrodę, to czemu takie ciężkie i pełne problemów? A jeśli za karę, to w czym zawiniłem, że inni mają lepiej? Skąd bierze się takie rozwarstwienie, biorąc pod uwagę status społeczny, zamożność, narodowość, a nawet płeć, której możemy pozazdrościć innym?

W każdym sposobie analizy tego, czym jest życie, możemy pozazdrościć tego, kim nie jesteśmy. Albo wybrać odwrotną stronę, żeby z radością realizować to, kim jestem. Zrozumieć swoją drogę życiową i z radością zmierzać ku jakiemuś celowi, wyznaczonemu przez sam fakt zaistnienia.

Zaistnienia czego? Pytasz się być może. Wtedy przychodzi ci do głowy jakieś imię, nazwisko, data urodzenia. Także płeć i jakiś status społeczny, który kryje się pod twoją osobowością. Ale czy tym wszystkim jestem? Przecież musi być jakaś głębsza idea tego zaistnienia.

Jestem tutaj w nagrodę czy za karę? Dobija się natrętna myśl. Wreszcie jak poradzić sobie z myślami, które wciąż analizują moje miejsce wśród pozostałej części społeczności. Czy to dobrze, czy źle, że jestem tu gdzie jestem?

 

Ale czy możesz się ze swymi myślami obnosić i pytać przyjaciół, co oni myślą na ten temat? Raczej nie. Bo…?  Hm… Jedni posądzą cię o zbytnie filozofowanie. Ktoś inny powie „nie zawracaj sobie tym głowy”, albo nie rób tego, bo całkiem ze świrujesz.

No dobrze, ale czymże jest to świrowanie? Czy to jakieś odstępstwo od rzeczywistości? Od  przyjętej normalności wyznaczonej przez społeczeństwo? Czy bycie „świrem”, to jakaś ujma, a może zaszczyt? Przecież zadając więcej pytań o to kim jestem, gdzie jestem i dokąd zmierzam, to jakaś ciekawość. Próba poukładania swoich myśli w coś, z czym się zgadza moja głębsza tożsamość. Zatem, nękanie siebie pytaniami, nie może być „grzechem”.

No tak, znowuż ten „grzech” tutaj się wcina. Skąd w ogóle wzięło się takie słowo jak „grzech”? Przecież nie z filozoficznych rozważań. Grzech to słowo raczej kojarzące się z religią. Czy można mówić o grzesznym rozważaniu o rzeczywistości? Trudna sprawa, czyż nie?

Rozważanie o rzeczywistości każdemu jest dozwolone, a nawet wskazane. Przecież każda istota ludzka została wyposażona w ciekawość samego siebie i nie tylko. Również ciekawość świata, w którym zostaliśmy wkomponowani. Nie tylko, bo także ciekawość środowiska, rodziny i najbliższych przyjaciół, z którymi przychodzi nam wieść ten żywot.

Myślisz, że grono najbliższych, to całe tło do obrazu, który stanowimy, jest jakimś przypadkiem? Nie! Ta cała otoczka relacji międzyludzkich jest precyzyjnie dobrana, aby tworzyć dla nas ważną edukację. Lekcję precyzyjnie zaplanowaną, z której możemy wynieść ważne profity. Albo stracić szanse na dywagacjach o ziemskim losie, który niesie same życiowe porażki.

Inną opcję dla pociechy zagubionych, stanowią religie, które mają swój program, aby prowadzić zagubione „owieczki”. Owszem, jest to bardzo dobre rozwiązanie dla zagubionych, szukających zewnętrznej pomocy. Jakichś wskazówek na życiową drogę, kiedy wewnętrzne dialogi poszukują punktu zaczepienia. Religie zazwyczaj na wszystkie problemy mają odpowiedzi. Ale czy w całokształcie swych doktryn mogą być w pełni wiarygodne?

W moim pojmowaniu, wnoszą one wiele zgrzytów i niejasności. Choćby dlatego, że jest ich bardzo dużo i każda z nich posiada swoje, odmienne od innych, doktryny. Często ze sobą rywalizują i zwalczają wzajemnie. Wnosząc przy tym nienawiść i potępienie dla innego sposobu komunikacji ze Stwórcą. Czy można potępiać inną religię za to, że ma inne wyobrażenie o Stwórcy i o tym, co nas czeka po śmierci? Albo czyj Bóg jest bardziej liberalny, wobec grzechów jakie popełniamy?

Zaraz, zaraz, tutaj wtrąca się analityczny umysł. Jakich grzechów? Jakiego dobra i jakiego zła? Dopóki religia tłumaczy nam, co w oczach Boga jest dobrem, a co jego przeciwieństwem, dotąd mówi nam o Bogu warunkującym. Pomimo że w genach mamy program, nakazujący matce, kochać swoje dziecko miłością bezwarunkową. Ponieważ ona je stworzyła. Tak działają geny rodzicielskie. Zatem skąd bierze się ów program, jeśli nie od Stwórcy? Myślałeś kiedyś w ten sposób?

Czy zatem, kiedy Stwórca tworzy coś niedoskonałego, czy powinien winić swoje stworzenie, czy siebie za tę fuszerkę? A jak ma się do siebie miłość bezwarunkowa Stwórcy do swego stworzenia?

Stworzyliśmy jako ludzkość system nagród i kar, ponieważ wmówiono nam, że Stwórca za dobre wynagradza, a za złe karze. Czy to ma być wzorcem dla naszego gatunku?

A może spójrzmy na to z innej strony. Przecież wyposażono nas w emocje, które są polaryzowane. Tak jak religie w usta Stwórcy wkładają polaryzację dobra i zła. Tak też emocje, same w sobie, dążą do wyboru miłości przed lękiem i grozą. Emocje są dla nas najważniejszą polaryzacją, która każe nam wyzwalać się od lęku i zmierzać ku miłości. Miłość jest kreatywna. Bez tej emocji trudno byłoby o przedłużenie gatunku. To miłość uskrzydla i nadaje impet do działania we wspólnocie.

Łatwo jest wyobrazić siebie zapis emocji w postaci sinusoidy. Gdzie dodatnie połówki opisują pozytywne emocje, zaś ujemne, emocje negatywne. Te niechciane, które wracają, pomimo że ich nie oczekujemy.

Czy myślałeś o tym w ten sposób, że Stwórca w emocjach zawarł klucz potrzebny na powrót do „Domu”? Tak, nie koniecznie w religiach. A może one są celową zmyłką, ponieważ w sobie samym posiadasz tę mapkę powrotu do "Domu" w postaci emocji, które napędzają nas do życia. Nie tylko do życia w cielesnej formie, kiedy zrozumiesz, że miłość jest tą najszlachetniejszą i najbardziej wzniosłą emocją.

Jeśli jeszcze dodasz do tego, że każdy Stwórca darzy swoje stworzenie miłością bezwarunkową, wtedy klucz dla powrotu masz w kieszeni.

Tylko jest jedno „ale”. Przecież emocje muszą być polaryzowane, więc zawsze mamy tyle samo pozytywów ile negatywów na swojej drodze powrotnej, prawda?

Bo tak samo jak w sinusoidzie musimy doświadczać tyle samo miłości, co i przeciwieństwa do niej. Tak, to wielka racja, ale jest wybieg dla pokornych spryciarzy. Tak, pokora jest tutaj istotnym czynnikiem. Ponieważ będziesz odstawać od przeciętności w społecznej hierarchii. Tym tajemnym kluczem jest przesunięcie osi iksów w dół. W ten sposób zyskujesz przewagę dodatnich połówek – miłości. Nad tymi, które łączą cię ze światem zewnętrznym.

Wtedy odstajesz od normalności. Swój wewnętrzny świat budujesz na miłości, szczęściu i radości. Jakaś wewnętrzna harmonia wyróżnia cię z tłumu, który rywalizuje o zaszczyty. Zaś twoje szczęście masz już w sobie. Podobnie jak mnisi, czy lamowie tybetańscy, promieniujesz wewnętrznym szczęściem i pełną harmonią dla istnienia.