Fragmenty część I

Rozdział 2

Poszukiwanie siebie

Chyba każdy z nas częściej lub rzadziej zadaje sobie pytanie: Kim naprawdę jestem? W moim odczuciu jest to bardzo ważne pytanie, które inicjuje pierwszy własny krok w umiejscowieniu siebie. Bo kimże jestem? Czy tym biologicznym tworem, posiadającym zmysły postrzegania tego świata, siebie i innych w tej samej formie? Czy jestem tym, kto reaguje emocjonalnie, a zatem przeżywa swoje lęki, obawy, ale również uczucia satysfakcji, spełnienia i miłości, jak i wszystkie pośrednie doznania zawierające się pomiędzy lękiem i miłością?

A może jestem tym, kto myśli na wzór filozofii głoszącej: „Myślę, więc jestem”. Hm… czy można powiązać myślenie z byciem? Pewnie tak, jak ciało z osobą.

Już teraz widać, że tego „ja” wyróżniam przynajmniej trzy poziomy. Ciało, emocje i myśli. Czy te trzy różne płaszczyzny „mnie” są jakimiś różnymi częściami mojego „ja”? A może to nie koniec naszego poszukiwania, może „nas” jest więcej? Bo kiedy zadaję sobie pytanie, czy „ja” to moje ciało, od razu rodzi się odpowiedź. Przecież widzę moje ciało, mogę je dotknąć, powąchać, ale to, co postrzegane, nie może być postrzegającym. Ot, choćby według zasady: przedmiot i podmiot, widziany i widzący. Te rzeczy jakoś się wzajemnie wykluczają. W myśl tej zasady nie mogę być moim ciałem, bowiem jestem jakimś obserwatorem, jakimś świadkiem.

A może jestem moimi emocjami i uczuciami? Zróbmy podobny wywód. Przecież pierwsza myśl, jaka rodzi się w chwili strachu, to: „boję się”, czyli identyfikacja siebie z lękiem. Ale wystarczy w tym momencie zapytać siebie: kto się boi? Wtedy dostrzegamy, że lęk nas ogarnia, że to są emocje wywołane reakcją na coś, jak jakiś czynnik zewnętrzny lub wyobrażenie podsunięte przez rodzącą obawy myśl. Kiedy rozdzielimy te doznania i przyjrzymy się temu, kto się boi, dostrzegamy, że można nad tym panować. Obserwując bojącego, stajemy się świadkiem. Lęk został zdemaskowany. Nie jestem moimi emocjami, przychodzi myśl „ja mam moje emocje”. Spójrz na ten wybieg –  jest to kolejna dezintegracja mojego „ja”, oddzielenie go od czegoś, co posiadam. Kimże więc jestem? Czyżby myślami, bo myślę, to jestem? Pomyśl o tym, kto myśli i jak ów proces przebiega. Przecież obserwowanie swoich myśli wcale nie nastręcza problemu. Można obserwować swoje myśli i odróżnić każdą nową myśl rodzącą się z innej, która już wcześniej zajmowała przestrzeń naszego rozumowania. Obserwacja własnych myśli jest możliwa. Nie jestem mymi myślami, ja mam moje myśli. Jestem świadomy moich myśli, a zasada przedmiot i podmiot podpowiada, że jestem ponad, jestem czymś więcej niż moje myśli.

Takie proste kroki dla początkujących adeptów w medytacji uświadamiają nam, że świadomość istoty ludzkiej kończy się gdzieś dalej, niż sięga nasza wyobraźnia. Czy jest gdzieś kres naszej świadomości? Mistycy twierdzą, że jest i łączy się ona ze Stwórcą. Tam, gdzie leży cel naszej podróży. Im szybciej zaczniemy sobie zadawać pytania, tym szybciej odnajdziemy drogę powrotną do Domu, do Ojca, do Stwórcy.

A co mówią inni myśliciele?

Istnieć, znaczy zmieniać się,
Zmieniać się – to dojrzewać,
Dojrzewać zaś – to nieskończenie tworzyć samego siebie.

H. Bergson
 
Stajemy się ludźmi dopiero wtedy, gdy opuszczamy Eden.
Dojrzewamy dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że dzieciństwo jest za nami.
Wracamy do siebie – do pełni naszego człowieczeństwa – dopiero wtedy,
gdy bierzemy odpowiedzialność za teraźniejszą świadomość,
a także za wszystkie nasze wspomnienia i sny.
Egzystencja w łasce łączy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

KEEN

Jak to jest, że im więcej wiedzy o sobie posiadam, tym więcej rodzi się pytań? Czyżby w myśl zasady: „Im głębiej w las, tym więcej drzew?”. Czy dlatego odpowiedź na jedno pytanie rodzi kolejne, coraz trudniejsze?

Takie i wiele innych pytań postawimy sobie tutaj. Zobaczymy też, w jaki sposób odpowiadały na podobne pytania inne znane autorytety. Śledzić będziemy również poszukiwania najwyższej idei przez ludzi, którzy potrafili wyłamać się z ram normalności dla odszukania swej wewnętrznej prawdy.

Dla mnie niekwestionowanym autorytetem łamiącym zasady normalności jest niewątpliwie Raymond Moody – doktor filozofii od roku 1969, gdy obronił swoją pracę na Uniwersytecie Virginia. Posiada także doktorat z psychologii na West Georgia College of Georgia i uzyskał tam również profesurę. Od 1976 r. doktor medycyny, absolwent Medical College of Georgia jako specjalista w dziedzinie psychiatrii.

W 1975 roku ten wybitny fachowiec wydaje swoją pierwszą książkę pod tytułem „Życie po życiu”, kładąc jednocześnie na „szali powodzenia” cały swój dorobek naukowy. Wiedział, co robi, gdyż już w przedmowie dr med. Elizabeth Kübler-Ross przestrzegała go, że zadziera z dwiema liczącymi się grupami społecznymi. Pierwsza z nich to duchowieństwo, które wychodzi z założenia, że problem życia pozagrobowego powinien pozostać domeną ślepej wiary, której nikomu nie wolno poddawać w wątpliwość.

Drugą grupą społeczną, która wyraziła spodziewany sprzeciw, byli naukowcy i lekarze. Woleli oni uznać taką pracę za nienaukową, a opisane doświadczenia ludzi wyjaśnić niedotlenieniem mózgu, starając się przeciągnąć rację na stronę naukowców.

Tak, czy inaczej, owa książka stała się bestsellerem w skali światowej i wydawano ją w milionowych nakładach. Dr Moody wsadził w ten sposób przysłowiowy kij w mrowisko. Zawrzało na świecie, a on zyskał swoich zwolenników i przeciwników.

Czytelnikom, którzy nie znają prac Moodego, należy się wyjaśnienie. Owa pierwsza książka „Życie po życiu”[5] zawiera opis doświadczeń ludzi z pogranicza śmierci. Doświadczeń, które były ich udziałem wtedy, gdy ich ciało fizyczne było martwe według wszelkiej aparatury i innych naukowych wzorców.

W obecnej dobie postępu medycznego przywracanie do życia osoby z zatrzymaną akcją serca i oddechu coraz częściej kończy się sukcesem. Ale bywa również, że te osoby  uznane za zmarłe powracają do życia. Tacy ludzie często relacjonują doświadczenia, które są do siebie bardzo podobne, a pochodzą bezspornie ze sfery duchowej. Doktor Moody dla opracowania swojej pierwszej książki udokumentował dane od 150 osób, które podzieliły się przeżyciami z pogranicza śmierci.

Pierwszym człowiekiem zdającym Moodemu relację z takiego doświadczenia był profesor psychiatrii klinicznej w Akademii Medycznej. Profesor ów przeżył dwa doświadczenia śmierci, o których opowiadał w wąskim gronie ciekawskich studentów. Był to rok 1965 i wtedy Moody połknął przysłowiowego „bakcyla”. Od tej pory niestrudzenie poszukiwał ludzi z podobnymi przeżyciami. Studiując kolejno filozofię, psychologię i medycynę, przygotował podłoże dla naukowego badania tego, wydawałoby się nienaukowego, zjawiska.

* * *

Czy przebudzenie?

Już teraz, gdzieś w głębi siebie, rodzą się pytania: Czy osoby, które przeszły przez „śmierć”, doznały jakiegoś przebudzenia? Bo przecież przynajmniej te, które stanęły przed światłością, wróciły do życia zupełnie odmienione. Czym jest owa światłość i jakie zmiany może ona poczynić w charakterze człowieka?

Jak to jest, że nawet przedstawiciele nauki, jak dr Moody, nie wahają się pisać w swoich pracach o mistycznych doznaniach? Bo chyba nie ulega wątpliwości, że doznania tego typu zakwalifikować można jedynie do mistycznych. I choć w świecie kultury zachodniej doświadczenia mistyczne krytykowane są przez naukę, bo nie zawsze dają się empirycznie potwierdzać, to w kulturze wschodniej one raczej się uzupełniają.

Jak to jest, że część ludzkości uznaje oba zjawiska za przeciwstawne, a druga część za uzupełniające się? Czyżby jedna grupa społeczna była niedouczona? A może to ta druga jest przeuczona i zbyt rygorystycznie trzyma się swoich naukowych „dogmatów”? Bo jakże nazwać naukowość, która w przeważającej mierze trzyma się atomistycznej budowy wszechświata, podczas gdy od 1925 roku rozwija się mechanika kwantowa.

* * *

O tym, jak przykry może być powrót do życia, niech opowie sam autor.

Dwóch mych kolegów po fachu po raz pierwszy zetknęło się z tym zjawiskiem, gdy pacjenci, których odratowali, okazywali wrogość. Jeden z nich reanimował lekarza, któremu przestało bić serce. Po odzyskaniu przytomności mężczyzna ten powiedział ze złością – „Carl, nigdy więcej nie rób mi tego”. Carl zdumiony był tą reakcją, ale po pewnym czasie odratowany lekarz wziął go na stronę, przeprosił za swoje zachowanie i wyjaśnił – „Byłem wściekły, ponieważ przywróciłeś mnie do śmierci, nie do życia”.

Jakże głęboką refleksję możemy wynieść z cytowanych słów. Refleksję, która bardzo często przeplata materiały gromadzone przez doktora Moodego.

Należy do niej również i ta, która mówi o przeobrażającej mocy, jaką wynoszą ludzie z pogranicza śmierci. Autor przytacza kilka przykładów, w których ludzie z „ciemną” przeszłością lub kryminaliści powracają na drogę uczciwego życia, uznając Boską moc, jeśli byli niewierzącymi, bowiem wiedzą, że jakaś Wyższa Moc, Wyższa Inteligencja czy Bóg, zapyta ponownie: Jaka była jakość twojej miłości? Co pożytecznego wynosisz z tego życia?

Pewien pastor, który gromił z ambony grzeszników, głosząc strach i boską zemstę w otmętach piekieł, po powrocie do żywych zmienił się zupełnie. Od tej pory jego słowa z ambony niosły miłość Boga do wszystkich istnień. Do całego świata stworzonego z miłości Bożej.

Inny student teologii w ten sposób streścił swoje doznanie z pogranicza śmierci:

Lekarz powiedział mi, że w czasie operacji omal nie umarłem, a ja na to, że wtedy właśnie odżyłem. Zobaczyłem, jakim nadętym osłem byłem do tej pory z całą tą wiedzą, gardzącym każdym, kto był innego wyznania czy nie podzielał moich poglądów na wiarę.

Wiele znanych mi osób z pewnością się zdziwi, kiedy przekonają się, że Pan nie dba o teologię. Częściowo nawet Go ona bawi, choć w ogóle nie wykazywał zainteresowania kwestią mego wyznania. Chciał wiedzieć, co mam w sercu, a nie w głowie.

W innym miejscu wspomnianej książeczki doktor Moody zwierza się nam, że podczas swoich badań prowadzonych z ludźmi z pogranicza śmierci, zmienił się jego charakter. Zaczął swoich badanych traktować jako przyjaciół – wbrew regułom psychologicznym. Wchodząc w bliskie relacje empatyczne, uzyskiwał on wiele duchowej energii, czego nie sposób doświadczyć w formalnej relacji lekarz-pacjent.

* * *